wtorek, 28 kwietnia 2026
HotMoney

Jak oszukują producenci żywności? Jak wprowadzają w błąd napisy, grafiki na opakowaniach?

Agnieszka Czajka 2026-04-18 Lifestyle, News Możliwość komentowania Jak oszukują producenci żywności? Jak wprowadzają w błąd napisy, grafiki na opakowaniach? została wyłączona
Słodycze

Mylące oznaczenia produktów light

Obecnie panuje moda na bycie fit, zdrowe odżywianie, unikanie cukrów i tłuszczy. Dlatego producenci prześcigają się w tworzeniu produktów „light”, o zmniejszonej zawartości składników uznawanych za tuczące. Czy taki wybór rzeczywiście jest zdrowy?

Niekoniecznie. Przykładowo, jeśli jogurt naturalny pozbawimy tłuszczy, to aby zachował swoją konsystencję i smak, trzeba ten składnik czymś zastąpić. Najczęściej wypełniaczami, które w jogurcie nigdy pojawić się nie powinny. Co więcej, tłuszcz — oczywiście ten zdrowy — jest niezbędny w codziennej diecie. Umożliwia wchłanianie witamin z grupy A, D, E i K.

A co z produktami „bez cukru”? Np. z popularnym napojem gazowanym w wersji light? No cóż, aby zapewnić słodki smak, producenci muszą zamiast cukru dodać czegoś innego. I nie są to naturalne substancje słodzące, takie jak stewia czy ksylitol, lecz sztuczne składniki, które choć o mniejszej wartości kalorycznej, wywołują większe spustoszenie w organizmie i często są powodem otyłości.

Nierzadko można też zauważyć, że bilans kaloryczny „normalnego” produktu a jego odpowiednika „light” nie różni się wcale tak znacząco. Producenci sugerują oszczędność kalorii, której w praktyce może być zaledwie kilkanaście procent — marginalny zysk w porównaniu z liczbą wprowadzonych substancji chemicznych.

Grafiki sugerujące naturalne pochodzenie

Moda na zdrowe jedzenie sprawiła, że wszystko musi być dietetyczne, fit. Producenci sprytnie to wykorzystują szczególnie w przypadku słodyczy, np. „zbożowych” batoników, których opakowanie sugeruje, że jest to w pełni bezpieczny dla sylwetki produkt. A w składzie co?

Najczęściej kilka rodzajów substancji słodzących (mogą mieć różne, mylące nazwy), utwardzone tłuszcze, które są popularnym powodem miażdżycy oraz chorób serca, a także wiele innych wypełniaczy, poprawiaczy smaku itp. W konsekwencji tego wafelek „bez cukru” czy batonik, na opakowaniu którego znajdują się sugestywne zboża i owoce ma tak długi skład, że przeczytanie go zajmuje dłuższą chwilę.

zobacz także:  Prawa klientów operatorów telewizji - o czym klient powinien wiedzieć?

Kontrowersje budzi też… masło. Według wytycznych, masłem można nazwać wyrób mleczny zawierający min. 82% tłuszczy. Producenci tworzą jednak znacznie tańsze miksy tłuszczowe, kuszące atrakcyjniejszą ceną. I co najgorsze — posiadają opakowanie do złudzenia przypominające ich popularne, „prawdziwe” odpowiedniki.

Często pojawiają się tam zdjęcia krów na pastwisku, żółto-złote barwy przywołujące skojarzenia ze świeżym masłem, a nawet nazwy stylizowane podobnie do marek renomowanych mleczarni. W efekcie kupujący dowiaduje się o tym, że nabyto mieszankę roślinno-mleczną dopiero po szczegółowym sprawdzeniu drobnego druku na odwrocie — a czasem już po otwarciu, gdy różnica w smaku staje się ewidentna.

Zdrowe skojarzenia przy produktach mocno przetworzonych

Żywność wegańska i bezglutenowa kojarzy się ze zdrowym, pełnowartościowym odżywianiem. Dlatego wielu konsumentów sięga po nią bezrefleksyjnie, z góry zakładając, że przecież musi być bezpieczna. A co znajdziemy w sklepach?

Bezglutenowe paluszki, w składzie których są poprawiacze smaku czy wegańskie jogurty z maltodekstryną oraz różnymi stabilizatorami pozwalającymi zachować odpowiednią konsystencję produktu. Czy można tę żywność uznać za zdrową, mogącą być podstawowym składnikiem diety? Oczywiście, że nie.

Ciekawym zabiegiem jest też oznaczanie produktów naturalnie bezglutenowych, jako tych niezawierających glutenu. W ten sposób… można zawyżyć jego cenę, bo skoro jest bez glutenu, to na pewno jest „lepszy”, „zdrowszy” i ogólnie „naj”.

Przykładem mogą być produkty takie jak ryż, komosa ryżowa czy mąka kukurydziana — surowce które z definicji nie zawierają glutenu, jednak ich opakowania zdobią wielkie napisy informujące o tym fakcie. W efekcie konsument płaci więcej za ten sam produkt, tylko dlatego że producent postanowił wyeksponować coś co powinno być oczywiste.

zobacz także:  Kredyt na innowacje technologiczne. Kto może dostać kredyt technologiczny?

Zmieniające się nazwy składników

Producenci stosują również zabieg maskowania faktycznej zawartości poprzez rozbijanie jednego składnika na kilka różnych form. Zamiast umieścić w składzie „cukier” jako główny komponent, dzielą go na glukozę, syrop glukozowo-fruktozowy, dekstrozę, maltodekstrynę i melasę. Każdy z tych składników z osobna zajmuje niższą pozycję w zestawieniu, sugerując że produkt zawiera mało cukru — co jest zwykłą manipulacją.

Podobnie postępują z tłuszczami, używając określeń „olej roślinny”, „tłuszcz palmowy”, „utwardzony tłuszcz” czy „frakcja oleju palmowego”. W praktyce wszystkie te składniki pełnią tę samą funkcję i łącznie stanowią znaczący procent receptury, jednak ich podział sprawia że w spisie wyglądają mniej dominująco.

Wartościowe składniki z kolei mogą być wymieniane w sposób bardziej ogólny — zamiast „20% soku z czarnej porzeczki” pojawia się „sok owocowy z zagęszczonych soków”, co utrudnia oszacowanie realnej zawartości konkretnego owocu w produkcie.

Czytanie etykiet i weryfikacja składu

Jak kupować z głową? Przede wszystkim czytać etykiety. Na początku nie jest to łatwe, jednak bardzo szybko można zauważyć składniki, które często się powtarzają i sprawdzać ich oddziaływanie na zdrowie. Tylko tu trzeba uważać, bo nie wszystkie „E” są złe.

Pomocne mogą okazać się za to aplikacje mobilne, przy pomocy których sprawdza się skład produktu — jest on tak oznaczany, że szybko można zorientować się, czy na pewno jest zdrowy. W większości przypadków sprawdza się też zasada, że im krótszy skład, tym lepiej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie jest „wzbogacany” wypełniaczami i polepszaczami smaku.

Warto też zwracać uwagę na kolejność wymienianych składników — ustawione są one zawsze według malejącej zawartości. Jeśli cukier, syrop glukozowo-fruktozowy czy utwardzony tłuszcz znajdują się w pierwszej trójce, produkt z pewnością nie zasługuje na miano zdrowego.

zobacz także:  Ile kosztuje powiększenie biustu, redukcja, czy podniesienie piersi w Polsce? Ceny operacji plastycznych piersi w Polsce

Tablice wartości odżywczych — jak je odczytywać

Oprócz listy składników warto sprawdzać tabelę wartości odżywczych umieszczoną zazwyczaj z tyłu opakowania. Producenci podają w niej zawartość energii, tłuszczów, węglowodanów, białka, soli oraz niekiedy błonnika i witamin — zarówno na 100 g produktu jak i na porcję.

Tu pojawia się kolejna pułapka: definicja porcji może być zaniżona. Batonik o wadze 50 g może być opisany jako „dwie porcje”, dzięki czemu wartości odżywcze wyglądają na bardziej akceptowalne. Jeśli kaloryczność „porcji” wynosi 150 kcal, większość konsumentów nie zwraca uwagi że zjada faktycznie 300 kcal jednocześnie.

Dobrą praktyką jest patrzenie wyłącznie na dane przeliczone na 100 g — ułatwia to porównanie różnych produktów i eliminuje manipulację wielkością porcji.

Różnica między datą minimalnej trwałości a datą przydatności

Producenci stosują dwa rodzaje oznaczeń: „najlepiej spożyć przed…” oraz „należy spożyć do…”. Często są one mylone, co prowadzi do marnowania żywności.

„Najlepiej spożyć przed…” oznacza datę minimalnej trwałości — produkt po jej upływie może stracić na jakości (np. herbatniki mogą zwilgotnieć), ale nie stanowi zagrożenia dla zdrowia. To jedynie sugestia producenta co do okresu optymalnej świeżości.

„Należy spożyć do…” dotyczy produktów łatwo psujących się, takich jak mięso, nabiał czy sałatki. Po tej dacie żywność faktycznie może być niebezpieczna — rozwijają się bakterie, grzyby i toksyny. Nie należy spożywać takiego produktu nawet jeśli „wygląda dobrze”.